Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z wody. Squambo nie lękał się tych potworów zarówno jak i śpiących kaimanów, których mógł przebudzić uderzeniem wiosła.
Chociaż już dzień nastał i ciężka mgła nocna zaczynała opadać przy pierwszych promieniach słonecznych, nie można go było zobaczyć pod osłoną tak gęstego stropu z zieleni, że nawet kiedy słońce najsilniej przyświecało, żaden blask nie zdołałby się przezeń przedrzeć. Zresztą, ta bagnista głębina potrzebowała tylko półzmroku, tak dla istot co się roiły w jej czarniawym płynie jak i dla tysięcy wodnych roślin pływających po jej powierzchni.
Squambo lawirował tak półgodziny od wysepki do wysepki i stanął wtedy dopiero, gdy jego łódź dotarła do jednego z krańców przystani.
W tem miejscu, gdzie się kończyła bagnista część laguny, drzewa mniej, ścieśnione, przepuszczały nakoniec światło dzienne. W dali ciągnęła się rozległa łąka otoczona lasami i równająca się prawie z poziomem rzeki. Pojedynczych drzew rosło tam zaledwie pięć lub sześć. Noga stąpała po tym bagnistym gruncie, niby po materacu na sprężynach. Krzaki sasafry o rzadkim liściu pomieszane z fioletowemi jagodami, tworzyły gdzieniegdzie na jego powierzchni przeróżne zygzaki.
Uwiązawszy łódkę u jednego z pni nadbrzeżnych, Squambo wysiadł na ląd. Pośród kilku drzew rysujących się niewyraźnie w powietrzu, rosła średniej wysokości magnolia.