Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przeszedłszy się kilka razy tam i napowrót, Texar stanął przy drzewie mangoliowem, przyciągnął jednę z nizkich gałęzi i oderwał od niej liść z łodygą. Następnie, wyjął z pugilaresu bilecik zawierający tylko kilka słów napisanych atramentem i, kartkę tę, ciasno zwiniętą, wsunął w dolne żyłki, tak zręcznie, że na pozór liść pozostał jakim był.
— Squambo rzekł wtedy do Indyanina.
— Słucham pana, — odpowiedział tenże.
— Idź tam, gdzie wiesz.
Squambo wziął liść, położył go na przodzie łódki, sam usiadł w tyle, uderzył pagają, okrążył najdalszy kraniec wysepki i zagłębił się w krętym przesmyku, co się krył pod gęstem sklepieniem drzew.
Na lagunie tej krzyżowały się i plątały wązkie strumyki pełne czarnej wody i ten tylko mógł się tam oryentować, kto był dobrze obeznany z przesmykami głębokiego upustu, do którego wpadały dopływy rzeki Ś-go Jana.
Squambo bez namysłu posuwał swą łódkę tam, gdzie na oko nie było żadnego wyjścia: nizkie gałęzie które odchylał, napowrót opadały za nim i nikt by nie odgadł, że przed chwilą przepłynął tamtędy jakiś statek.
Indyanin przemykał się w ten sposób przez kręte kanały, czasami węższe od rowów irygacyjnych. Całe chmary ptaków wodnych pierzchały, gdy się zbliżał. Ślizkie węże elektryczne z głową potworną, ślizgały się pod korzeniami, co się wyłaniały