Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


boat oddalił się od łódki i nikt z będących na pokładzie nie mógł się domyślać, że to lekkie czółenko zniknie pod ciemnemi krzakami wybrzeża.
— Jednego łotra mniej na pokładzie! rzekł wtedy Edward Carrol, nie zważając na to, że go usłyszą towarzysze Texara.
— Tak, to łotr i niebezpieczny złoczyńca, odrzekł: Burbank. Mam o nim takie przekonanie, chociaż ten nędznik potrafił zawsze wykręcić się za pomocą zagadkowego dla mnie alibi.
— W każdym razie odezwał się p. Stannard, jeśli się zdarzy jaka zbrodnia, dzisiejszej nocy w okolicach Jacksonville, nie będzie go można posądzać o nią, ponieważ wysiadł z Shannoun.
— Kto wie, — odrzekł Burbonk. Gdyby mi kto powiedział, że go widziano kradnącego lub zabijającego o 50 mil stąd, na północy Florydy, w tej chwili kiedy tu rozmawiamy, nie zadziwiłoby mnie to. Prawda, że gdyby zdołał udowodnić, że nie jest sprawcą tej zbrodni, również nie zdziwiłbym się, po tem wszystkiem co już zaszło. Ale za wiele zajmujemy się tym człowiekiem. Wracasz do Jacksonville, Stanuardzie?
— Jeszcze dziś wieczór.
— Córka tam czeka na ciebie?
— Tak — i pilno mi do niej.
— Rozumiem to, — odpowiedział James Burbonk. A kiedy myślisz podążyć za nami do Kandless-Bay?