Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Za dni kilka.
— Przybądź że, jak będziesz mógł najprędzej, kochany Stannardzie. Wiesz, że lada dzień spodziewać się można bardzo ważnych wypadków, które będą jeszcze groźniejsze, gdy zię zbliży wojsko federalne. Dla tego, zdaje mi się, że może byś był bezpieczniejszy wraz z córką swoją Alicyą, w naszym Castlehouse, aniżeli w tem mieście, gdzie południowcy gotowi do wszystkich nadużyć!
— Alboż ja sam nie jestem z południa, mój drogi Burbonku?
— Prawda, ale tak myślisz i działasz, jak gdybyś był z północy.
W godzinę po tem, Shannoun porwany przez prąd coraz silniejszy, mijał wioskę Mandaryn rozłożoną na zielonym pagórku. Potem, o pięć lub sześć mil niżej, zatrzymał się przy prawym brzegu rzeki. Tam urządzona była rampa do wysiadania i do ładowania okrętów. Ponad nią wznosiła się elegancka kładka, zawieszona na dwóch łańcuchach. Był to debarkader Kamdless-Bay.
Przy wejściu stało dwóch murzynów z latarniami, gdyż zapadła już ciemna noc.
James Burbank pożegnawszy się ze Stannardem wskoczył wraz z Edwardem Carrol na kładkę.
Za nim szła metyska Zerma, która zdaleka odpowiedziała dziecięcemu głosikowi:
— Jestem, Dy!... Jestem!
— A ojciec?