Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


piej płynąć teraz w ukos, tak, żeby się zbliżyć do jednego z brzegów i wrazie potrzeby zaczekać rozrzedzenia się mgły, dla lepszego rozpoznania drogi?
Byłto najlepszy sposób, gdyż opary zaczynały się wzbijać w górę. Widocznie, powierzchnia Saint-Johnu miała się ukazać znowu na wielkiej przestrzeni, zanim się niebo wyraźnie zarysuje. Potem zasłona miała się nagle rozedrzeć a widnokrąg — wyłonić zpośród mgieł, Może wtedy, o mil za tamą, Gilbert dostrzegłby kanonierki, omijane przez odpływ, do których mógłby się dostać.
W tej chwili dał się słyszeć szmer zlewających się wód. Prawie natychmiast gig zaczął kołować, niby porwany przez jakiś wir. Nie można się było pomylić.
— Tama! — wykrzyknął Gilbert.
— Tak, tama, — odpowiedział Mars i przepłynąwszy ją, staniemy u celu.
Mars wziął znowu pagaję i usiłował trzymać się właściwego kierunku.
Naraz Gilbert zatrzymał go: pośród cofniętych oparów, dostrzegł on statek, szybko sterowany i dążący w tą samą stronę. Czy będący na nim ludzie zobaczyli czółno i chcieli mu zagrodzić drogę?
— Skręćmy na lewo, — rzeki młody porucznik.
Mars zrobił obrót i po kilku uderzeniach pagają niebawem przerzucił się w przeciwnym kierunku.
Ale z tej strony głosy dały się słyszeć; porozumiewano się hałaśliwie przez tubę. Z pewnością mu-