Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miał raczej powodu lękać się, że gig, znajduje się właśnie na tej wysokości i że nagle potknie się o który ze statków?
Tak więc możliwość wielkiego niebezpieczeństwa nie ustała jeszcze. Wkótce nawet okazało się, że gig jest zagrożony bardziej nit kiedykolwiek. Dlatego też Mars zatrzymywał się często, trzymając pagaję zawieszoną nad wodą. Łoskot wioseł, bliżej lub dalej, dawał się ciągle słyszeć na małej przestrzeni. Różne krzyki odpowiadały sobie na statkach i czasami, lekkie zrazu zarysy, uwydatniały się w niewyraźnej mgle. Były to krążące statki, od których należało stronić. Niekiedy także opary rozpraszały się nagle, jak gdyby ich masę rozwiało jakieś potężne tchnienie. Oko mogło wtedy sięgać o kilkaset yardów w dal, Gilbert i Mars usiłowali przeto rozpoznać swoje położenie na rzece. Ale znowu się ściemniało i czółenku pozostawało tylko dać się unosić prądom rzeki.
Tylko co minęła 5-ta: Gilbert obliczył, że musi być o 2-ie, mile od tamy; rzeczywiście jednak daleko było do celu. Tę tamę byłoby łatwo, poznać po wyraźniejszym szmerze prądu, po licznych pręgach wód“, co się tam zlewały z szumem. Gdyby tama była już przebyta, Gilbert uważałby siebie za względnie zabezpieczonego; byłoto bowiem niemożliwe, żeby statki odważyły, się zapuścić tak daleko od Jacksonville pod wystrzały kanonierek. Musieli zabłądzić ku prawej albo ku lewej stronie rzeki. Czyby nie było le-