Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


masą oparów, jakkolwiek mgła bardzo gęsta bujała na powierzchni Saint-Johnu.
Przez pół godziny, gig błąkał się niejako na traf. Czasami niewyraźna sylwetka wyłaniała się niespodzianie. Można było mniemać, że to statek, niezmiernie powiększony, wskutek łamania się światła, którego zjawisko zdarza się zazwyczaj pośród mgieł na morzu. Istotnie, każdy przedmiot ukazuje się wtedy oczom z szybkością nadzwyczajną, rośnie i sprawia wrażenie ogromnych rozmiarów. Często się to powtarzało, ale na szczęście, to co Gilbert brał za szalupę, było tylko kawałem drzewa, służącym za ostrzegający znak, wierzchołkiem skały, wyłaniającym się z wód, albo pniem zatknietym w rzece, którego koniec znikał w atmosferze oparów.
Rozmaite ptaki latały, z szeroko rozpostartemi skrzydłami. Prawie nie było ich widać, ale ich przeraźliwe krzyki rozlegały się w powietrzu. Inne zrywały się do lotu z samego łożyska rzeki, gdy je spłoszyło zbliżające się czółno. Niepodobna było rozpoznać, czy wypoczywają na wybrzeżu o kilka kroków tylko, czy też zanurzyły się napowrót pod wodami Saint-Johnu.
W każdym razie, ponieważ woda wciąż opadała, Gilbert był pewien, że gig porywany przez odpływ, zmierza ku posterunkowi komendanta Stevensa. Jednakże prąd zwolniał już bardzo; dlatego nie mogli oni zmiarkować, że się im udało nakoniec przepłynąć linią, gdzie przywiązywano okręty, czy Gilbert nie