Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cie go, żeby krążył na wszystkie strony, aż do rozproszenia się mgły.
— Dobrze!... Dobrze!.... Nie lękajcie się niczego i uważajcie tylko, czy ci łotrzy nie zachcą umknąć lądem!
Naturalnie, że przedsięwiętoby wskazane ostrożności. Pewna ilość statków krzyżowała się od brzegu do brzegu rzeki. Gilbert dobrze wiedział, że to nastąpi, nie wahał się przeto. Gig, z cicha, sterowany przez Marsa, wymknąwszy się z pod sklepienia z zieleni, podążył zwolna poprzez prądy.
Mgła stawała się coraz gęstszą, jakkolwiek przebijało przez nią blade światło. Nie było już nic widać, nawet na kilka yardów. Jeśliby czółenko, szczęśliwym trafem, nie zetknęło się ze statkiem, płynącym środkiem rzeki, to mogło się przemknąć niespostrzeżenie. I właśnie tak się stało, podczas kiedy ludzie byli zajęci zarzuceniem kotwicy z brzękiem łańcucha, wskazującym miejsce, którego unikać wypada. Gig prześliznął się zatem i Mars mógł nieco silniej oprzeć się na pagai.
Teraz największą trudność przedstawiało kierowanie w taki sposób czółnem, żeby nie płynąć środkiem rzeki: należało się trzymać w niewielkiem oddaleniu od prawego brzegu. Mars nie mógłby się zoryentować poprzez nagromadzone mgły, gdyby nie szmer wody, uderzającej o podnóże wybrzeża. Czuło się już nadchodzący dzień. Jasność powstawała nad