Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siało być na tej części rzeki kilka statków, które się krzyżowały, żeby sobie dać pomoc w razie potrzeby.
Nagle mgły opadły, na powierzchnię Saint-Johnu.
Gilbert nie mógł powstrzymać krzyku.
Gig znalazł się pośród jakich 12-tu statków, których zadaniem było czuwać nad tą częścią kanału, którego wał przerzynał wężykowaty bieg po drugiej linii.
— Oto są!... Są!...
Takie to okrzyki nawzajem posełały sobie statki.
— Tak jesteśmy! — odpowiedział młody porucznik. Rewolwer i kordelas do rąk, Marsie i brońmy się!...
— Bronić się przeciw 32 ludziom!
W jednej chwili, trzy czy cztery statki przybliżyły się do gigu. Strzały zagrzmiały. Tylko rewolwery Gilberta i Marsa, których chciano ująć żywych, dały ognia. Trzech czy czterech marynarzy było ranionych lub zabitych. Ale jakże Mars i Gilbert mogliby nie uledz w tej nierównej walce?
Młody porucznik, skrępowany, pomimo energicznego oporu, został przeprowadzony do jednego ze statków.
— Uciekaj.., Mars,.. uciekaj!... — krzyknął on ostatni raz.