Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sposób postępowania poprowadziłby ich do niechybnej zguby...
Więc cóż im wypadało robić? Czekać? Niebawem miało się rozwidnić: dochodziła już 5-ta godzina i od wschodu, ukazywało się bladawe światło na widnokręgu.
Jednakże należało powziąć jakiekolwiek postanowienie i oto co Gilbert przedsięwziął uczynić.
Nachyliwszy się do Marsa, rzekł po cichu:
— Nie możemy zwlekać dłużej; każdy z nas ma rewolwer i kordelas, na statku jest 4-ch ludzi, co znaczy dwóch na 1-go. Gdy ich zaskoczymy, da nam to przewagę... Pchnij mocno gig poprzez wiry i w kilku rzutach pagai uderz na statek. Stojąc w wodzie, nie będzie mógł uniknąć uderzenia, wpadniemy więc na tych ludzi i zaatakujemy ich, zanim zmiarkują, co się dzieje. Następnie wypłyniemy na środek kanału. Zanim tamci z wybrzeża rzucą popłoch, możemy przedostać się za wał i dotrzeć do naszych kanonierek.
— Rozumiesz, Marsie?
Mars, zamiast odpowiedzi, zatknął otwarty kordelas u pasa, obok rewolweru. Dokonawszy tego, odwiązał ostrożnie linę czółna i uchwycił za pagaję, żeby je silnie pchnąć.
Ale w chwili, kiedy miał zacząć ten manewr, Gilbert powstrzymał go ruchem.
Wskutek niespodziewanej okoliczności, zmienił on zamysł.