Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już wątpić o grożącem mu niebezpieczeństwie, gdy go doszły ostatnie frazesa tych ludzi.
— Czuwajcież pilnie... — powiedziano z lądu.
— Dobrze!... Dobrze!... — brzmiała odpowiedź. Oficer federalny, to dobry łup; zwłaszcza, że jest rodzonym synem jednego z tych przeklętych nordzistów z Florydy!
— I będzie nam to drogo zapłacone, kiedy Texar płaci!
— Jednakże, może nam się nie uda porwać ich tej nocy, jeśli zdołali się ukryć w jakiem zagłębieniu rzeki; ale za dnia, obszukamy tak dobrze wszystkie dziury, że nie umknąłby nam nawet szczur wodny!
— Pamiętajmy, że przykazano dostawić ich żywcem!
— Tak... Tak... Jeśli ich przytrzymamy na wybrzeżu, zaraz damy wam znać, żebyście ich zabrali i dostawili do Jacksonville.
— Zresztą, jeśli nie wypadnie polować na nich, to pozostaniemy tutaj, w wodzie.
— A my na naszem stanowisku, w poprzek wybrzeża.
— A więc, szczęść Boże! Doprawdy, byłoby przyjemniej spędzić noc na pijatyce w szynkowniach Jacksonvillskich...
— Zapewne, jeśli ci dwaj nicponie wymkną się nam, ale jeżeli przyprowadzimy ich jutro skrępowanych, Texarowi!...