Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy najtrudniejsze zrobione? — zawołano z lądu.
— Już — odpowiedziano z rzeki, — okrążyliśmy ten cypel aż do bagnisk.
— Dobrze! Przez ten czas będziemy czuwali nad wybrzeżem i zdaje się, że tym łotrom trudno będzie wymknąć się nam. Chyba ze tylko wskoczą w bagno...
— Może już to zrobili?
— Nie! To niemożliwe. Oczewiście, będą próbowali powrócić do swego statku przededniem: otóż, ponieważ nie mogą przekroczyć, linii statków będą się przesuwali wzdłuż wybrzeży; a wtedy zatrzymamy ich w biegu.
Tych kilka frazesów dostatecznie wyjaśniło stan rzeczy. Wyruszenie w drogę Gilberta i Marsa musiało być zasygnalizowane; o tem nie można było wątpić.
Jakkolwiek, płynąc w stronę Camdless-Bay, zdołali uniknąć statków, obowiązanych zatamować im drogę w powrocie, kiedy rzeka była zagrodzona, byłobyto rzeczą bardzo trudną, albo nawet zgoła niemożliwą, dostać się do celu.
Gilbert przekonał się więc, ze nie uszedł oka ludzkiego przepływając rzekę: mogło się to jednak ukryć, że wysiadł z towarzyszem w Camdless-Bay i że jeden z nich jest synem Jamesa Burbanka i oficerem marynarki federalnej, drugi zaś jego majtkiem. Niestety, stało się przeciwnie: młody porucznik nie mógł