Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kanale Saint-Johnu ostrożność nie pozwalała na tę próbę.
Mars wiosłował wśród ciemności, zwiększonych jeszcze gęstą zasłoną drzew; unikał on bacznie uderzenia o pnie, których wierzchołki wyłaniały się gdzieniegdzie z wody, z cicha też uderzał o wodę, jakkolwiek nieraz wypadło mu przezwyciężać przeciwny prąd.
W tych warunkach, Gilbert opóźniłby się pewnie o godzinę. Ale mniejsza o to, że dniałoby już; byłby dosyć blisko kanonierek, żeby się nie lękać niczego ze strony Jacksonville.
Około 4-tej, czółno znajdowało się na wysokości statków. Według przewidywań Gilberta, przejście było wolne wzdłuż brzegu, z powodu płytkości rzeki w tem miejscu kanału. O kilkaset stóp dalej, cypel wystający na Saint-John, cypel bardzo zadrzewiony, krył się pod kępą ogromnych bambusów.
Chodziło o okrążenie tej kępy, bardzo ciemnej, gdy się płynęło pod wodę; przeciwnie zaś od strony, ku której rzeka płynęła, nagle ogołoconej z drzew. Wybrzeże, bardziej pochyłe w bliskości ujścia Saint-Johnu, poszarpane na szereg mokradeł, forsowało groblę bardzo niską i odsłoniętą. Tam, nie było już ani jednego drzewa, ani ciemnej zasłony, a tem samem wody stawały się dosyć jasne; byłoto więc rzeczą bardzo możliwą, żeby taki czarny i ruchomy punkcik jak gig, za mały, żeby dwóch ludzi mogło się w nim położyć,