Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


był dostrzeżony przez jaki statek, krążący w tych punktach.
Prawda, że minąwszy ten cypel, nie czuliby już wiru, prąd tam był dosyć wartki wzdłuż brzegu, lecz nie płynący w kierunku kanału, Gdyby czółenko ominęło szczęśliwie ten punkt i zostało porwane szybko ku wałowi, niebawem dotarłoby do flotylli komendanta Stevensa.
Mars posuwał się więc wzdłuż brzegu z niezmierną ostrożnością, usiłując zwrokiem przebić ciemności, żeby sięgnąć do niższego biegu rzeki. Trzymał się on jak najbliżej wybrzeża, walcząc z wirem, który był jeszcze bardzo gwałtownym. Pagaja uginała się w jego silnych rękach, podczas kiedy Gilbert ze wzrokiem zwróconym ku górze rzeki, badawczo wpatrywał się w powierzchnią Saint-Johnu.
Gig zbliżał się zwolna do cyplu, za kilka minut miał dosięgnąć jego — końca, ciągnącego się w kształcie wązkiego pasa piasku. Znajdował się ztamtąd już tylko o jakie 23 do 30 yardów, kiedy, nagle zatrzymał go Mars.
— Czyś zmęczony? — zapytał młody porucznik, — chcesz, żebym cię zastąpił?
— Ani słowa, panie Gilbercie! — odpowiedział Mars i zarazem, dwoma uderzeniami podrzucił gig się w ukos, jak gdyby się chciał rozbić o brzeg. Skoro tylko dotarł do gałęzi, wiszących nad wodą, uchwycił jednę nich, zagłębił czółno w ciemną masę zieleni.