Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lion, zmieszany, zalękniony, nie widział co z sobą zrobić i co odpowiedzieć.
James Burbank niezaprzeczenie ściągnął swym szlachetnym czynem nieszczęście i ruinę na plantacyą. Materyalne straty musiały być znacznej z baraków, ograbionych przez rabusiów, a potem obróconych w perzynę, nie pozostało ani śladu; gdzie dawniej stały fabryki i warsztaty, były tylko stosy popiołu, z których się jeszcze wydobywały szarawe smugi pary, w miejscu składów i pracowni sterczały tylko poczerniałe, chwiejące się mury, a w miejscu kominów fabrycznych kupy cegły od ognia zczerniałej. Pola ryżowe, kawowe, warzywne, zagrody dla bydląt, przedstawiały widok tak zupełnego zniszczenia, jak gdyby je stratowało stado dzikich zwierząt. Wobec tego smutnego obrazu, pan Perry nie mógł zapanować nad swem oburzeniem i wyrywały mu się z ust gniewne groźne słowa, które nie mogły uspakajać Pygmaliona. Odszedł więc wkrótce pod pozorem, że w Castle-House swobodniej rozważy radę sprzedania siebie. Ale widocznie dzień był na to za krótki, bo kiedy wieczór nastał, on jeszcze nie powziął żadnego postanowienia.
Tego samego dnia, niektórzy z dawnych niewolników pokryjomu wrócili do Camdless-Bay. Można sobie wyobrazić ich rozpacz, gdy zastali wszystkie chaty zniweczone. James Burbank wydal rozkaz, żeby natychmiast zaspokojono przynajmniej ich najgwałtowniejsze potrzeby i część murzynów polecił