Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kiedyż to nastąpi?.... — wykrzyknął James Burbank.
— Jutro... a może i dziś! Powtórzę raz jeszcze, że Dy jest osłoną Texara, i dla tego, skorzystał ze sposobności, żeby ją porwać, wiedząc przytem, że ci zrani serce mój biedny Jamesie i dopiął celu, nędznik!
Tak rozumował pan Stannard i rozumowanie to było trafne z ważnych powodów. Czy mu się udało przekonać Burbanka? Z pewnością nie. Czy przywrócił mu trochę nadziei? Także nie. Było to niepodobieństwem. Ale Jamess Burbank, zrozumiał, że jego obowiązkiem, jest mówić żonie to, co Stannard mówił do niego, bo inaczej nie przeżyłaby tego ciosu. Wróciwszy do domu, argumentował więc energicznie niemogąc wierzyć własnym słowom.
Perry z dozorcami zwiedzali tymczasem Camdless-Bay, które przedstawiało tak smutny obraz, że nawet towarzyszący im Pygmalion zdawał się doznawać wielkiego wrażenia. Ten wolny człowiek nie uznał za potrzebne przyłączyć się do wyzwoleńców rozproszonych przez Texara. Wolność nocowania w lasach, znoszenia zimna i głodu, zdawała mu się zbyteczną i wolał pozostać w Castle-House, gdyby mu nawet przyszło okupić to prawo podarciem aktu wyzwolenia, za przykładem Zermy.
— Widzisz, Pyg, — powtarzał pan Perry, plantacya jest spustoszona, warsztaty zrujnowane... Oto, co nas kosztuje wolność, dana murzynom...