Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


woli! Ten nędznik chciał rozproszyć moich wyzwolonych murzynów i są rozproszeni! Chciał zniszczyć plantacyą przez zemstę i pozostała z niej tylko ruina!
— Jamesie — powiedział Walter Stannard, mogły na nas spaść jeszcze większe nieszczęścia. Żaden z nas nie poległ w obronie Castle-House, twoja żona i córka, tak samo, jak moja Alicya, mogły wpaść w ręce tych złoczyńców, a są w bezpiecznem schronieniu.
— Masz racyą, Stannardzie i dziękujmy za to Bogu! To, co zostało uczynione z rozkazu Texara, nie pozostanie bez kary i będę umiał wymierzyć sprawiedliwość za przelaną krew!...
— Może lepiej było, żeby pani Burbankowa, Alicya, Dy i Zerma były pozostały w Castle-House! rzekł wtedy Edward Carrol, wiem, że w owej chwili groziło nam wielkie niebezpieczeństwo... jednakże teraz wolałbym je widzieć przy sobie!...
— Przededniem połączę się z niemi, — odpowiedział James Burbank. Muszą być w śmiertelnej trwodze, trzeba je uspokoić... Zobaczę, czy się da sprowadzić je do Camdless-Bay, czy też lepiej, żeby zostały jeszcze kiika dni w Cedar-Keys.
— Masz słuszność, nie trzeba się z niczem spieszyć. Może to jeszcze nie koniec... Dopóki Jacksonville pod panowaniem Texara, będziemy mieli powód do obawy...
— Dlatego też będę działał ostrożnie — odrzekł James Burbank.