Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Perry, dopilnuj tego, żeby łódź była gotowa przed świtem. Jeden człowiek wystarczy do wiosłowania.
Bolesny krzyk, rozpaczliwe wołanie, przerwały nagle mowę Burbankowi.
Krzyk ten dał się słyszeć w stronie łąk, rozciągających się przed domem. Po krzyku nastąpiły te słowa:
— Ojcze... Ojcze!...
— To głos mojej córki! — zawołał pan Stannard.
— Ach! jakieś nowe nieszczęście!... — odpowiedział James Burbank.
Otworzywszy drzwi, wszyscy wybiegli na dwór.
Miss Alicya znajdowała się tam o kilka kroków od pani Burbankowej, która leżała na ziemi.
Ani Dy ani Zermy nie było z niemi.
— Moje dziecko?.. — wykrzyknął Burbank.
Na jego głos, pani Burbankowa podniosła się. Nie mogąc mówić, wyciągnęła ręce ku rzece.
— Porwane!... Porwane!.
— Tak!... Przez Texara! — odpowiedziała miss Alicya i padła obok pani Burbankowej.