Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cofają się!... Cofają się!...
James Burbank i jego towarzysze natychmiast podążyli do środkowego okna, żeby je uchylić. Uderzenia siekierą w bramę ustały, wystrzały również. Nie było już widać ani jednego z napastników. W prawdzie ich krzyki, ich wycia, rozlegały się jeszcze w powietrzu, ale widocznie był to odwrót.
A więc jakiś wypadek zmusił władze Jacksonvillskie cofnąć całą tę zgraję na drugi brzeg Saint-John. Zapewnie ułożono się, że trzy strzały armatnie będą znakiem, jakiego ruchu eskadry, groźnego dla pozycyi południowców. Dla tegoto napastnicy nagle przerwali swój ostatni szturm. Teraz, szli oni poprzez zniszczone pola dominium, jeszcze oświetloną łuną pożaru, a w godzinę później wsiedli na swe statki, czekające na nich o dwie mile w dół Camdless-Bay, żeby się dostać na drugą stronę rzeki.
Niezadługo krzyki zamarły w oddaleniu. Po głośnych strzałach, zapanowała zupełna, śmiertelna cisza na całej plantacyi.
Była wtedy 8 i pół wieczorem. James Burbank i jego towarzysze zeszli na dół do halli, gdzie Edward Carrol leżał na sofie, lekko raniony i osłabiony upływem krwi.
Opowiedziano mu, co zaszło po sygnale, danym w Jacksonville. Castle-House, w tej chwili przynajmniej, nie miało powodu lękać się bandy Texara!
— Tak jest, — odezwał się James Burbank — ale zwycięstwo zostało przy gwałcie, przy samo-