Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dłużej opierali się szturmowi, grożącemu przestrzeni opalisadowanej, której bronił zresztą rów obwodowy, zraszający podnóże tejże.
Rozumie się, że w tym popłochu, Pygmalion biegał tu i owdzie, nikomu na nic nieprzydatny. Wyglądał on na jednego z tych komików z cyrku wędrownego, którzy niby wszystko robiąc, nic nie robią, ku wielkiej zabawie publiczności. Pygmalion, zaliczając siebie do specyalnych obrońców domu mieszkalnego, nie myślał przyłączyć się do swych towarzyszy, ustawionych na zewnątrz. Nigdy jeszcze nie czuł on się tak oddanym Jamesowi Burbankowi!
Gdy wszystko było gotowe, oczekiwano już tylko. Kwestya była w tem, z której strony nastąpi atak. Gdyby napastnicy pojawili się na północy granicy plantacyi, możnaby się bronić z lepszym skutkiem; jeśli — przeciwnie — nadeszliby od strony rzeki, położenie byłoby trudniejsze, gdyż Camdless-Bay było przystępne w tym kierunku. Wprawdzie, wylądowanie jest zawsze trudną operacyą; w każdym razie, potrzebaby dosyć znacznej ilości statków, żeby szybko przewieźć wojsko uzbrojone z jednego brzegu rzeki Saint-John na drugi.
Oto co roztrząsali James Burbank i panowie Stannard i Carrol, oczekując powrotu przedniej straży, wysłanej na kraniec plantacyi.
Niezadługo dowiedziano się, w jaki sposób atak miał być poprowadzony.