Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kanonierek. W takim razie, Camdles-Bay nie byłoby już zagrożone przez Texara i jego adherentów...
— To bardzo możliwe — odrzekł James Burbank. Niech tylko federaliści staną na terytoryum florydzkiem, — będzieto dostateczne dla naszego bezpieczeństwa. — Niema nic nowego na plantacyi?
— Nie, panie Burbank, — odpowiedziała miss Alicya. Mówiła mi tylko Zerma, że murzyni wrócili do swoich zajęć w warsztatach, fabrykach i lasach, i że gotowi poświęcić się co do jednego w obronie Camdless-Bay.
— Obyśmy nie potrzebowali wystawić na próbę ich poświęcenia. Jeśli się nie mylę, to ci łotrzy, którzy się przemocą narzucili uczciwym ludziom, umkną z Jacksonville, jak tylko federaliści pojawią się we Florydzie. Jednakże, miejmy się na baczności! Stannardzie, zwiedzisz, po śniadaniu, z Carrolem i zemną tę stronę plantacyi, której grozi największe niebezpieczeństwo? Nie chciałbym, mój drogi przyjacielu, żebyście, ty i Alicya, byli mniej bezpieczni w Castle-House niżeli w Jacksonville. Doprawdy, nie darowałbym sobie tego nigdy, żem was tu ściągnął, gdyby rzeczy wzięły zły obrót.
— Mój drogi Jamesie, — odrzekł Stannard, gdybyśmy byli zostali w domu, prawdopodobnie, władze dopuszczałyby się obecnie zdzierstwa na nas, jak na wszystkich przeciwnikach niewolnictwa.
— Cokolwiek bądź nastąpi, panie Burbank, — dodała miss Alicya, gdyby tu nawet było większe niebezpieczeństwo, czyż nie lepiej, przetrwać je razem?