Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Noc minęła spokojnie; ale jakże się lękały pani Burbankowa i miss Alicya!
Nazajutrz, dnia l-go marca, czatowano na pogłoski, jakie mogły nadejść z okolicy; nie dlatego jednak, żeby coś groziło plantacyi owego dnia.
Wyrok Texara nakazywał wydalić wyzwoleńców w ciągu 48-iu godzin. James Burbank zdecydowany oprzeć się temu rozkazowi, miał dosyć czasu dla zorganizowania środków obrony, w granicach możności. Głównie chodziło o zdobycie wiadomości z teatru wojny, gdyż lada chwila mogły one zmienić stan rzeczy.
James Burbank wraz ze szwagrem, wsiadłszy na koń, skierowali się prawym brzegiem St-Johnu ku ujściu rzeki, dla zbadania o jaki dziesiątek mil to rozszerzenie się basenu, które jest zakończone cyplem góry San-Pablo, w miejscu gdzie się wznosi latarnia morska. Mijając Jacksonville, położone na przeciwnym brzegu, z łatwością dostrzegliby, czy na gromadzenie statków nie wskazuje na jaki zamach ludności na Camdless-Bay. W pół godziny, obaj, przekroczywszy granice plantacyi posuwali się dalej ku północy.
W tym samym czasie, pani Burbankowa i Alicya, krążąc po parku, rozmawiały ze sobą. Pan Stannard usiłował uspokoić je trochę, ale daremnie; miały bowiem przeczucie bliskiej katastrofy.
Zerma poszła pomiędzy baraki, chcąc zobaczyć, co się tam dzieje. Jakkolwiek murzyni wiedzieli już