Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wziął więc przekonanie, ze nie powinien cofnąć faktu dokonanego. Wszyscy byli jego zdania i nie pomylili się, nazajutrz bowiem, gdy się rozgłosiło nowe postanowienie komitetu Jacksonvillskiego, całe Camdless-Bay składało dowody poświęcenia i wierności. Gdyby Texar chciał wprowadzić w czyn swój wyrok, miano mu stawić opór; gdyby chciał użyć siły, umianoby odpowiedzieć siłą!
— Zresztą, wypadki znaglają, nas do szybkiego działania, — rzekł Edward Carrol. Za dwa dni, może za 24-y godzin, roztrzygną one kwestyą niewolnictwa we Florydzie. Pojutrze flotylla federalna może wtargnąć do ujść St.-Johnu, a wtedy...
— A jeśli milicye, poparte oddziałami konfederatów, zechcą stawić opór?... — zauważył pan Stannard.
— Jeśli się będą opierały, to opór ich nie może długo trwać, — odpowiedział Edward Carrol. Bez statków, bez kanonierek, jakżeby się mogły oprzeć przemarszowi komandora Dupont, wylądowaniu pułków Shermana, zajęciu portów Fernandina, Jacksonville, albo Ś-go Augustyna? Zająwszy te punkta, federaliści staną się panami Florydy. Wtedy Texar i jego zausznicy znajdą jedyny ratunek w ucieczce.
— Ach, gdybyż można schwytać tego człowieka — zawołał James Burbank. Zobaczymy, czy wpadłszy w ręce sprawiedliwości federalnej, powoła się jeszcze na alibi, dla uniknięcia kary za swoje zbrodnie!...