Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W obiedzie tym uczestniczył także pan Perry: rad nie rad musiał on się pogodzić ze spełnionym faktem i siedział nawet naprzeciwko najsędziwszego z murzynów, którego zaprosił James Burbank, jakby dla wykazania w jego osobie, że emancypacya niewolników nie była czczą deklaracyą. Na dworzu rozlegały się wesołe okrzyki, a park jaśniał odblaskiem ogni, rozpalonych w różnych punktach plantacyi. Podczas obiadu pojawiła się deputacya z przepysznym bukietem, z najpiękniejszym, niewątpliwie, jaki kiedykolwiek ofiarowano „pannie Dy Burbankównie z Castle-House“. Była-to wzruszająca chwila dla jednej i drugiej strony.
Następnie murzyni rozeszli się, a państwo Burbankowie, poszli z całem swojem kółkiem do halli, dla dokończenia tam wieczoru. Zdawało się, że dzień tak dobrze zaczęty, powinien się także dobrze skończyć.
Około 8-ej godziny, cisza panowała w całej plantacyi. Na pozór nie groziło żadne niebezpieczeństwo, kiedy, niespodzianie, dały się słyszeć na dworze jakieś głosy.
James Burbank pospieszył otworzyć drzwi od halli.
Przed peronem czekało kilka osób, rozmawiając głośno.
— Co się stało? — zapytał James Burbank.
— Panie Burbank, — odrzekł jeden z dozorców, jakiś statek przybił do bulwaru.