Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dozorcy natychmiast dokonali tego.
James Burbank, będąc oddawna zdecydowanym wyzwolić swoich niewolników, miał przygotowane akty i rozdał je zaraz murzynom, którzy je odbierali z najczulszemi oznakami wdzięczności.
Wieczór poświęcony był zabawie. Nazajutrz cała ta ludność miała powrócić do zwykłej pracy, ale w tym dniu, plantacya obchodziła święto. Rodzina Burbanka, przyłączywszy się do tych poczciwców, odbierała najszczersze oznaki wdzięczności i zapewnienia wierności bez granic.
Jeden tylko pan Perry, z miną potępieńca, przechadzał się pomiędzy gromadką niegdyś swoich ludzi i, gdy Burbank zapytał:
— Cóż ty myślisz o tem, Perry?
— Ja myślę, panie James, — odrzekł, — że ci Afrykańczycy, jakkolwiek wolni, niemniej urodzili się w Afryce i nie zmienili barwy skóry i że, ponieważ urodzili się jako czarni, umrą także jako tacy...
— Ale będą, żyli jako biali, a wtem grunt! — odpowiedział James Burbank z uśmiechem.
Owego wieczoru, rodzina Burbanków zasiadła do obiadu prawdziwie uszczęśliwiona i ufniejsza w przyszłość.
Za kilka dni bezpieczeństwo Florydy miało być zupełnie zapewnione. Żadna zła wieść nie nadeszła zresztą z Jacksonville. Prawdopodobnie, zachowanie się Burbanka w Court-Justice, wywarło korzystne wrażenie na większości mieszkańców.