Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Moi przyjaciele, jesteście teraz wszyscy wolni, dzięki szlachetności i ludzkości tego, który był naszym panem i najlepszym z panów!
— Tak!... Tak!... zawołały setki głosów, zlanych w jeden wybuch wdzięczności.
— Odtąd każdy z nas może rozporządzać swoją osobą, może opuścić plantacyą, skorzystać z wolności, jeśli w tem upatruje korzyść dla siebie. Co do mnie, pójdę za popędem serca i, jestem pewna, że większa część z pomiędzy was tak samo uczyni. Dostałam się do Camdless-Bay przed 6-ma laty. Oboje z mężem przeżyliśmy tu kawał czasu i pragniemy tu umrzeć; błagam więc pana Burbanka, żeby nas zatrzymał u siebie, jak gdybyśmy jeszcze byli niewolnikami... Niechaj ci, którzy także tego pragną...
— Wszyscy!... Wszyscy!...
Te słowa, tysiąc razy powtórzone, były dowodem, jak dalece był cenionym właściciel Camdless-Bay, ile zdołał obudzić przywiązania i wdzięczności w tych poczciwych sercach.
James Burbank, zabierając znowu głos, oznajmił, że kto tylko zechce będzie mógł pozostać na plantacyi w tych nowych warunkach: że należy tylko, za wspólną zgodą, ustanowić skalę wynagrodzenia za wolny wynajem i prawa nowych wyzwoleńców i że w tym celu, każdy z murzynów otrzyma od niego dla siebie wraz rodziną akt wyzwolenia, na mocy którego będzie mógł odzyskać przypadające mu z prawa miejsce wśród ludzkości.