Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żebności i mogą rozporządzać swojemi osobami. W Camdless-Bay istnieją teraz tylko wolni ludzie.
Przeciągle hurra!... zabrzmiało w powietrza, ręce się wznosiły na znak dziękczynienia; imię Burbanka wyrwało się ze wszystkich piersi. Cała gromada zbliżyła się do peronu pragnąć ucałować ręce wybawcy. Zapanował zapał niedoopisania, tem gwałtowniejszy, że nie przygotowany. Łatwo sobie wystawić, jak Pygmalion gestykulował, deklamował, jakie przybierał postawy.
Najstarszy z murzynów, stanąwszy na pierwszym stopniu peronu, podniósł głowę do góry i, głęboko wzruszonym głosem rzekł.
— W imieniu byłych niewolników plantacyi Camdless-Bay, dziękuję za wyzwolenie, z którem pan pierwszy wystąpiłeś w Stanie Florydy!
Mówiąc te słowa, stary murzyn zwolna wstępował po wschodach peronu, aż do Burbanka, któremu ucałował ręce; a gdy maleńka Dy wyciągnęła doń rączęta, przedstawił ją swoim towarzyszom.
„Hurra!... Niech żyje pan Burbank!...
Krzyki te radośnie rozległy się w powietrza i musiały ponieść wiadomość o spełnieniu się wielkiego czynu, aż do Jacksonville, na drugi brzeg rzeki Saint-John.
Rodzina Burbanka, silnie wzruszona, daremnie starała się uciszyć te oznaki entuzyazmu: milczenie wtedy dopiero zapanowało, gdy Zerma, wystąpiwszy na peron, rzekła: