Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


James Burbank miał słuszność: niewątpliwie szpiegowano plantacyą, byłoby więc bardzo niebezpiecznie, przeprowadzać korespondencyą z Gilbertem. Z resztą, zbliżała się chwila, kiedy Burbank i nordziści, zamieszkali we Florydzie, mieli znaleźć osłonę w armii federalnej.
Rzeczywiście, nazajutrz właśnie komandor Dupont miał przybić do Edisto. Przed upływem 3-ch dni spodziewano się napewno wiadomości, że flotylla, wylądowawszy na wybrzeże Georgii, podąży do zatoki Saint-Andrevs.
James Burbank opowiedział wtedy, jakie ważne zajście miało miejsce w sali Sądowej. Oznajmił on rodzinie, że wyzwany przez Texara i, poczuwając się do swych praw, złożył publicznie deklaracyą, iż zniesie niewolnictwo w całej posiadłości swojej. Czego żaden stan nie ośmielił się jeszcze proklamować bez nacisku siły zbrojnej, to on uczynił z dobrej woli.
Była-to deklaracya zarówno śmiała jak szlachetna. Następstwa jej trudno było przewidzieć. Rozumie się, że z natury swojej musiała sytuacyą Jamesa Burbanka uczynić jeszcze groźniejszą, w tym kraju, hołdującym niewolnictwu. Mogła nawet wywołać pruby buntu pośród niewolników z innych plantacyj. Pomimo to, rodzina Burbanków, wzruszona wielkością tego czynu, w zupełności nań się zgodziła.
— Cokolwiek bądź nastąpi, James, — rzekła pani Burbankowa, — dobrześ odpowiedział na ohydne insynuacye tego podłego Texara.