Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Aż nazbyt łatwo sobie wyobrazić, jaka trwoga ogarnęła panią Burbankowę, miss Alicyą i całą tę rodzinę, tak zagrożoną. Czy, niemogą pochwycić w swe szpony syna, zapaleńcy Jacksonvilscy nie uczepią się ojca? Texar pewno się przechwalał, obiecując, że za kilka dni udowodni ten fakt. Jednakże mogło to nastąpić, a w takim razie, położenie stałoby się w najwyższym stopniu niepokojące.
— Mój biedny Gilbert! — wykrzyknęła pani Burbankowa. Tak blisko jest Texara, a gotów odważyć się na wszystko, dla dopięcia swego celu!
— Czyby go niemożna uwiadomić o tem, co się dzieje w Jacksonville? — zapytała miss Alicya.
— Nadewszystko trzebaby go ostrzedz, że nie ostrożność z jego strony pociągnęłaby za sobą najzgubniejsze skutki dla niego i całej rodziny, — dorzucił p. Stannard.
— Jakimże sposobem ostrzedz go? — odpowiedział James Burbank. Że się szpiegi ciągle włóczą do koła Camdles-Bay, jest-to aż nadto pewne. Ów posłaniec Gilberta już był śledzony w powrotnej drodze. List nasz gotówby wpaść w ręce Texara, a człowiek, wysłany z ustnem zawiadomieniem, mógłby zostać przytrzymany w drodze. Nie, moi kochani, nie kuśmy się na nic takiego, coby mogło pogorszyć sytuacyą... Dałby Bóg, żeby armia federalna zajęła Florydę jak najprędzej! Czas już, żeby tej mniejszości uczciwych ludzi przestała grozić większość, złożona z wyrzutków naszego kraju!