Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jest w stosunkach z nieprzyjacielem, który się gotuje do zagarnięcia Florydy. Tymczasem opinie, które wygłasza publicznie, — opinie tak niebezpieczne dla sprawy niewolnictwa, są zgubą dla nas. Z tejto przyczyny, w imieniu, wszystkich posiadaczy niewolników, którzy nigdy nie poddadzą się jarzmu, jakie im Północ chce narzucić, domagam się przytrzymania jego osoby...
— Tak!.. Tak!... wykrzyknęli stronnicy Texara podczas kiedy część zgromadzenia daremnie probowała zaprotestować przeciw temu nieuzasadnionemu żądaniu.
Gdy urzędnik zdołał przywrócić ciszę w audytoryum, James Burbank zabrał znowu głos:
— Opieram się całą siłą, całem prawem mojem tej samowoli, do jakiej chcecie doprowadzić władze. Prawda, jestem abolicyonistą, przyznałem to już, — ale sądzę, ze wszystkie przekonania są uprawnione wobec systemu rządu — opartego na wolności. Dotychczas nie jest to zbrodnią, być przeciwnym niewolnictwu; a gdzie niema winy, tam prawo nie jest mocne wymierzać karę!...
Szala opinii zdawała się przechylać na stronę Burbanka. Texar, widząc to, musiał uznać za potrzebne odrzucić chwilowo swoję broń, jako nietrafiającą do celu i, zastąpić ją inną, czyniąc więc niespodziany zwrot, — rzekł do Burbanka:
— Kiedyś przeciwny niewolnictwu, to wyzwólże swoich niewolników!...