Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się na nich utrzymać. Jeśli do owej chwili zdołali opierać się wszelkim napaściom stronnictwa, podżegającego do rozruchów, to dlatego, że, jak wiadomo, kwestya niewolnictwa, we Florydzie znacznie mniej zajmowała umysły, aniżeli w innych Stanach Południa, gdzie doprowadzała ludność do szału. Jednakże ideje Seperatystowskie codzień więcej zdobywały gruntu, a wraz z niemi, wzmagał się też wpływ awanturników, nomadów, rozproszonych w hrabstwie. Władza w tym celu nawet, postanowią zawezwać Jamesa Burbanka, po otrzymanej denuncyacyi jednego z naczelników ich partyi, Texara, — żeby dać pewne zadosyćuczynienie opinii publicznej, pozostającej pod naciskiem partyi czerwonych.
Szmer — w części przychylny, w części nieprzyjazny, jakim powitano w sali właściciela Camdles-Bay, ucichł niezadługo.
James Burbank stanął przed kratkami, ze śmiałem spojrzeniem i nieczekając nawet, żeby mu urzędnik zadał zwykłe pytania, rzekł pewnym głosem:
— „Wezwaliście Jamesa Burbanka, staje więc przed wami!“
Po zamianie pierwszych urzędowych zapytań i odpowiedzi, Burbank zapytał:
— O co jestem oskarżony?
— O stawianie opozycyi słowem, a może i czynem, — idejom i nadziejom, które winny teraz panować we Florydzie, — odpowiedział urzędnik.
— Któż mnie oskarża? — zapytał James Burbank.