Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ulicach panował wielki ruch, gdyż ludność tłumnie dążyła w tę stron. Czuło się, że z tej sprawy, niedoniosłej samej przez się, mogło wyniknąć zaburzenie z opłakanemi następstwami.
Na placu roił się zgiełkliwy tłum przeróżnych ludzi: mulatów, metysów i negrów. Nie wiele osób wpuszczono do sali Court-Justice, ale w znacznej części byli to stronnicy Texara, pomieszani z garstką uczciwych ludzi, przeciwnych wszelkiej niesprawiedliwości, którzy nie podołaliby podżegaczom dążącym do obalenia władz Jacksonvilskich.
Gdy James Burbank ukazał się na placu, poznano go natychmiast i rozległy się gwałtowne, złowróżbne krzyki. Kilku odważnych obywateli otoczyło go, niechcąc, żeby tak zacny i szanowany człowiek, jak osadnik z Camdles-Bay, był wystawiony, bezbronnie, na brutalne obejście tłumu. Burbank, przybyciem swojem dowiódł zarazem poczucia godności i odwagi: należało mu się więc za to odwdzięczyć.
Przy tej pomocy, James Burbank utorował sobie drogę przez plac, dotarł do Court-Justice i stanął przed kratkami, gdzie był bezprawnie zawezwany.
Prezydent miasta i jego urzędnicy zasiedli już na swych miejscach.
Byli to ludzie umiarkowani, którzy się cieszyli słusznem uznaniem. Łatwo sobie wyobrazić, ile zarzutów, ile pogróżek, przyszło im znosić od początku wojny secesyjnej, jakiej odwagi potrzebowali, żeby wytrwać na swych stanowiskach i energii, żeby