Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niechaj się pan o siebie tylko lęka, nie o nas. Niewolnicy pańscy będą umieli obronić plantacyą: w razie potrzeby, dadzą się zabić co do jednego. Oni wszyscy są panu oddani, wszyscy pana kochają. Wiem, co myślą, co mówią i co by zrobili. Przychodzili tu ludzie z innych plantacyj, żeby ich zbuntować, nie udało im się to... Wszyscy oni stanowią tu jednę wielką rodzinę, która się z pańską zlewa. Możesz pan liczyć na nich.
— Wiem o tem i liczę.
Burbank powrócił do domu i, gdy nadeszła chwila odjazdu, pożegnał się z żoną, z córką i z miss Alicyą, obiecując im zachować zimną krew względem władzy, która go wezwała przed swój trybunał i nie dać jej powodu do gwałtownego postępowania. Miał on przyczynę lękać się o siebie, ale o ileż więcej trwożyło go położenie rodziny, której groziło tyle niebezpieczeństw w Castle-House!
Walter Stannard i Edward Carrol towarzyszyli mu do małego portu na krańcu alei, gdzie otrzymali jego ostatnie zlecenia poczem, przy pomyślnym wietrze południowo wschodnim, łódź szybko odpłynęła.
W godzinę później, około 10-tej, James Burbank wysiadł w Jacksonville.
Wybrzeże było podówczas prawie puste. Tylko garstka majtków wyładowywała statki do połowu śledzi. James Burbank mógł więc, niepoznany, udać się zaraz do jednego ze swoich znajomych, p. Harvey, mieszkającego na drugim końcu portu.