Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Rozumiem! Opór z pańskiej strony mógłby ściągnąć bandy Texara do Camdles-Bay.
— A tego niebezpieczeństwa, najgroźniejszego ze wszystkich, należy uniknąć bądź co bądź, odrzekł p. Burbank.
— Czy pan sobie nie życzy, żebym mu towaszyła?
— Przeciwnie, życzę sobie, żebyś została w plantacyi. Musisz być przy mojej żonie i przy córce, na wypadek jakiego nieszczęścia.
— Nie odstąpię ich, panie.
— Nie słyszałaś nic nowego?
— Nie! To tylko wiem, że podejrzani ludzie włóczą się dokoła plantacyi, wyraźnie dla szpiegowania. Dzisiejszej nocy także parę barek krążyło po rzece. Czyżby się domyślano, że p. Gilbert wstąpił do wojska federalnego, że zostaje pod rozkazami komandora Dupont, że może mu przyjść chęć przybycia potajemnie do Camdless-Bay?
— Mój dzielny syn! odpowiedział p. Burbank. Ale rozsądek mu nie pozwoli dopuścić się takiej nieostrożności!
— Lękam się bardzo, czy Texar tego nie miarkuje, odezwała się znów Zerma. Podobno wywiera coraz większy wpływ. Powinien się go pan wystrzegać w Jacksonville.
— Będę się wystrzegał, jak gada jadowitego! Alem ja czujny. Gdyby podczas mojej nieobecności, probował napaść na Castle-House...