Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


więc udam się sam. Zresztą, może być, że mię zatrzymają kilka dni, musicie więc zostać obaj w Camdless-Bay. Wam teraz powierzę całą naszę rodzinę na czas mojej nieobecności.
— A więc opuścisz nas, ojcze? — wykrzyknęła mała Dy.
— Tak, córeczko, — odrzekł p. Burbank wesoło. Do śniadania nie zasiądę z wami jutro, ale możesz mnie oczekiwać z pewnością na obiad i wieczór wszyscy razem spędzimy... Coby ci też przywieźć z Jacksonville? Na co miałabyś ochotę? Chociaż nie długo tam zabawię, zawsze będzie dosyć czasu, żeby ci co kupić... — ale czego sobie życzysz?
— Ciebie, ojcze!... — odrzekła dzieweczka.
Po tym okrzyku, tak wiernie malującym ogólny nastrój, całe grono rozeszło się, a James Burbank zajął się zabezpieczeniem domu, odpowiednio do okoliczności.
Noc przeszła spokojnie. Nazajutrz, Burbank wstawszy o świcie, udał się aleją bambusową do małego portu, gdzie polecił, by przygotowano mu łódź na godzinę 8-mą.
Wracając do Castle-House, spotkał Zermę, która zapytała:
— „Czy się pan stanowczo wybiera do Jacksonville?“
— Stanowczo i powinienem to uczynić w interesie nas wszystkich, — wszak mię rozumiesz?