Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bezpieczyć się od zimna i głodu, zabezpieczmyż się i od złych ludzi...
Kaw-dier westchnął. Na twarzy jego odmalował się smutek.
— Uznaję słuszność słów pańskich — odrzekł, — lecz jednocześnie wyznam panu, że ze wstrętem myślę o wszelkich zarządzeniach, krępujących wolność ludzką...
A później, pochylając głowę, głosem cichym dodał:
— Jam tyle poświęcił, aby nie być krępowanym na starym lądzie tysiącem przeróżnych rygorów, zakazów, ograniczeń, a tu...
— Tak — przerwał mu Germain, — ale co dla pana, człowieka wyjątkowej dobroci i szlachetności serca, wyjątkowej siły charakteru i rozumu, stało się ciężarem, to dla łotrzyków i ludzi o słabej głowie jest koniecznością... Chyba pan nie chciałbyś na to patrzeć, aby dziś, lub jutro zapanowała wśród kolonistów zupełna anarchja, zupełne bezprawie?...
Kaw-dier westchnął smutnie.
— Tak — rzekł — na zbrodnie nie chciałbym patrzeć...
— A więc musisz mi pan być pomocnym i wspólnie musimy dążyć do ustanowienia tutaj jakiejkolwiek władzy, jakiegokolwiek rządu...
— Choć ze smutkiem, ale staję po pańskiej stronie, panie Germain.