Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A więc niema sposobu? — pytał ten i ów — więc chcemy, czy nie chcemy, musimy pozostać na tej wyspie?
Po odbytej naradzie, wszyscy zgodzili się, aby słuchać doświadczonego głosu Kaw-diera. Nikt jak on nie znał tego zakątka kuli ziemskiej. Postanowiono we wszystkiem wypełniać jego rozkazy.
Ponieważ nastały nagle dni chłodne i mgliste, wychodźcy skwapliwie zabrali się do przygotowania sobie mieszkań zimowych. Materjały gotowe, dzięki przezorności Kaw-diera, przeniesiono zawczasu na ląd z «Jonatana,» nim ten nieszczęsny statek zginął w odmętach morskich.
Cieśle, mularze, ślusarze i inni rzemieślnicy, których było mnóstwo wśród wychodźców, od świtu do nocy zajęci byli składaniem i budową domków. Pomagali im wszyscy pozostali, tak, że po dwóch tygodniach pracy stanęła obszerna kolonja u podnóża wzgórz skalistych, które zasłoniły ją od morza, zabezpieczając od wichrów i nawałnic.
— Co to za szczęście dla nas — mówił p. Hartlepool — że na «Jonatanie» znajdowało się wszystko, co do założenia kolonji jest niezbędne. Towarzystwo emigracyjne w San-Francisko wybornie wyekwipowało wychodźców. Nic nie brakuje, aby mogli sobie życie uczynić nietylko znośnem, ale nawet wygodnem.