Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wybornie, mój chłopcze, ale dokonacie tego innym razem, tembardziej, że na tej wyspie, na której się znajdujemy, niema tych zwierząt.
— To szkoda... A myśmy się tak cieszyli z Pawełkiem, że na tej wyspie są słonie!..
I mały Piotruś ze smutkiem westchnął, odwrócił się i raźno pobiegł do jednego z poblizkich namiotów, w którym mieścili się jego opiekunowie.
Za nim w podskokach podążał i Pawełek.
— Miłe dzieciaki! — rzekł Kaw-dier — w przyszłości zaznajomię się z nimi bliżej.
W godzinę później Kaw-dier i jego towarzysze byli już w głębi wyspy.
Łatwo przekonali się, że była dotychczas niezamieszkałą, choć posiadała wszystkie warunki, aby ludzie na niej osiedli. Strumienie, lasy, łąki ciągnęły się dokoła, wzgórza pokryte krzewami mile ku sobie pociągały oczy.
Z dzikich zwierząt nie napotkano żadnego.
— Wyborne miejsce na założenie kolonji — rzekł p. Hartlepool.
— Pod tym względem rozbitki z «Jonatana» mają szczęście — dodał Kaw-dier.
Gdy wracali z tej pierwszej w głąb wyspy wycieczki, był już wieczór. Dokoła panowała cisza, przerywana jedynie echem dalekiego huku i szumu morza oraz krzykiem ptactwa wodnego.