Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po kilku dniach żeglugi, gdy minęli już wyspę Nawaryna, w oddali ukazały się na widnokręgu wierzchołki skał wysp Wallaston i Herschell.
Tutaj, przybiwszy do brzegu, nasi podróżni zaopatrzyli szalupę w świeże zapasy wody, poczem zaraz popłynęli w kierunku północnym.
Na trzeci dzień obaj Indjanie zaczęli rzucać na Kaw-diera niespokojne spojrzenia.
Dokąd dążył? Toć jeszcze pół dnia żeglugi, a na wątłym swym statku wpłyną na wzburzone wody oceanu, tuż u dzikich wybrzeży przylądka Horn.
— Mamy dziś jedenastego marca — mówił do nich Kaw-dier — żywności wystarczy jeszcze conajmniej na tydzień. Przez ten czas musimy znaleźć schronienie w innych stronach tej dzikiej, pierwotnej krainy.
Mówiąc to, spojrzał w stronę szarzejącej na widnokręgu olbrzymiej masy skał spiętrzonych ku niebu, tworzących przylądek Horn, hardo stawiający opór wzburzonym, z wściekłością bijącym w jego granitowe podnóże falom oceanu.
Rozmawiając przyjaźnie ze swymi towarzyszami, pod wieczór dnia tego, Kaw-dier przestał płynąć naprzód, gdzie już groziło niebezpieczeństwo od wzburzonych wód oceanu, skręcił na prawo i wkrótce przybił do brzegu.