Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Poczekajcie tutaj na mnie! — rzekł, wysiadając z szalupy, poczem świsnąwszy na Zola, aby szedł za nim, szybko zaczął piąć się w górę po skalistem wybrzeżu.
Szedł długo, z wprawą człowieka przyzwyczajonego do wycieczek w górach.
Przed nim wznosiły się coraz to dziksze urwiska i kamienne zwały, poszarpane przed wiekami przez podziemne wybuchy wulkaniczne.
Z pewnością zwiedzał już niegdyś te dzikie okolice, gdyż omijał niebezpieczne przejścia po nad przepaściami i szybko dążył ku najwyższemu wierzchołkowi przylądka.
W jakim celu tam dążył?... Czy na tych niedostępnych dla zwykłego człowieka wyżynach pragnął znaleźć dla siebie schronienie?..
Tymczasem nagle widnokrąg pokryły chmury, wicher zerwał się od strony północnej i z głośnym szumem, z hukiem i rykiem fal wzburzonego oceanu uderzał w skały nadbrzeżne.
Karro i Halg, ze zręcznością właściwą dzikim Indjanom, umieścili szalupę w miejscu zacisznem, pomiędzy skałami. Czekając na pana, pilnie patrzyli, jak ten piął się coraz to wyżej, pragnąc zapewne dosięgnąć szczytu jednej ze skał, z której szeroki otwierał się widok na ocean.
Po godzinie czasu wicher wzmógł się, chmury ciemne zasnuły horyzont, najwidoczniej