Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cellora« szczęk łańcuchów na przodzie okrętu dał poznać Kurtisowi, że zarzucono kotwicę.
— Dobrze, dobrze — zawołał — porucznik i bosman spuścili obie kotwice, mam nadzieję, że nas utrzymają.
Nagle spostrzegam, że Kurtis zbliża się do balustrady aż do granicy, zakreślonej przez płomienie. Wychylił się za parapet i nachylony słuchał przez kilka minut czegoś uważnie, pomimo huku fali. Można sądzić, że śledzi uchem jakiś niezwyczajny szmer. Nareszcie powrócił na werendę.
— Woda wchodzi do okrętu — zawołał — a woda, jeśli nam Bóg dopomoże, da sobie radę z pożarem.
— A później — rzekłem.
— Panie Kazallon, później jest to przyszłość, która spoczywa w ręku Boga. Myślmy tylko o teraźniejszości.
Należałoby w tej chwili stanąć przy pompach, w pośród płomieni jednak niepodobna do nich dostąpić. Widocznie kilka desek złamanych przepuszcza w głąb okrętu masę wody i zdaje mi się, że siła ognia już się zmniejsza. Słychać przerażający świst, spowodowany walką dwóch żywiołów. Widocznie woda dosięgła podstawy ognia, zatapiając spodnie warstwy bawełny. Tem lepiej, niech ugasi pożar, my sobie z nią damy radę. Woda,