Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to żywioł marynarza, on umie z nią walczyć i zwyciężać.
Trudno opisać niepokój, w jakim pozostawaliśmy przez trzy godziny tej nocy, która nam się wiekiem wydawała.
Gdzie jesteśmy? widocznie woda opada i ogień się zmniejsza. »Chancellor« więc uwiązł na mieliźnie, w godzinę po największym przypływie, bez rachunku jednak i obserwacyi na pewno nic wiedzieć nie możemy. Spodziewam się jednak, że w razie ugaszenia ognia, przy najpierwszym przypływie odpłyniemy dalej. O wpół do piątej rano zgasła zasłona ogniowa, rozdzielająca okręt na dwie połowy i spostrzegliśmy grupę ludzi skupionych na wąskim przodzie. Wkrótce potem przywrócono komunikacyę pomiędzy kończynami okrętu. Porucznik i bosman przeszli do nas po krawędzi, bo na pokład zejść jeszcze nie można. Uradziliśmy z oficerami, że przededniem nic działać nie można. Jeżeli jesteśmy blisko ziemi i morze na to pozwoli, dopłyniemy do lądu na łódce lub na tratwie. Jeżeli zaś nie będzie widać ziemi, a »Chancellor« osiadł na samotnej skale, postaramy się go naprawić, ażeby dopłynąć do najbliższego brzegu.
— Jednakże — powiedział Robert Kurtis, na co porucznik i bosman zupełnie się zgo-