Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ panie Kurtis, jakże dostać się do pomp po tym palącym się pokładzie? jak przez płomienie rozkazy wydawać?
Robert Kurtis nic na to nie odpowiedział.
— Wiec wszystko stracone? — powtórzyłem.
— Nie, panie — odrzekł mi Kurtis. — Nie tracę nadziei, dopóki choć jedna deska z tego okrętu trzyma się pod mojemi nogami!
Pomimo to pożar gwałtownie wzrasta, oblewając fale morskie potokami czerwonego światła. Ogromna łuna roztoczyła się na niebie. Długie płomienie ognia wiją się około drzwiczek. My sami schroniliśmy się na zakończenie okrętu, poza werendę. Panią Kear włożono do łódki zawieszonej na łańcuchach, panna Herbey usiadła obok niej.
Cóż za noc okropna, jakie pióro zdoła opisać całą jej grozę? Huragan z całą gwałtownością, jak niezmierny wentylator rozżarza pożogę.
»Chancellor« pędzi w ciemnościach, jak olbrzymia pochodnia.
Pozostały nam dwie ostateczności; albo rzucić się w morze, albo spalić się w płomieniach.
Ależ ten pikrat, czy on się wcale nie zapalił! Czy ten wulkan nie myśli wybuchnąć pod nami? więc Ruby skłamał i nie ma na okręcie żadnej materyi wybuchowej.