Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Okoliczność więc, o której pan wspominasz, dla mnie żadnego nie posiada znaczenia. Jest to rzecz Pana Boga, ale nie moja, strzedz nas od tej ostatecznej zagłady...
Robert Kurtis wyrzekł poważnie te słowa; my zaś skłoniliśmy głowy nic nie odpowiadając. Trzeba zapomnieć o tej drobnostce, bo stan morza nie pozwala myśleć o odpłynięciu.
— Wybuch nie jest konieczny, powiedziałby jakiś formalista, jest tylko możliwy — dodał inżynier z najzimniejszą krwią w świecie.
— Bądź pan tak łaskaw panie Falsten odpowiedzieć nam na jedno pytanie. — Czy pikrat potasu może zapalić się i bez uderzenia?...
— Bezwątpienia — odrzekł inżynier. — W zwyczajnych warunkach pikrat nie jest zapalniejszym od zwyczajnego prochu, ale właśnie tak samo zapalnym. Ergo... Falsten rzekł »ergo« jak na katedrze przy wykładzie chemii.
Zeszliśmy na pokład. Wychodząc z pod wystawy Kurtis rzekł, biorąc mnie za rękę z wielkiem wzruszeniem, z którem dotąd ukrywał się.
— Panie Kazallon, ten »Chancellor«, to wszystko co kocham na świecie, widzieć go tak rzuconym na pastwę ognia i nie módz nic zrobić!