Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Spojrzyj pan — dodał — z tyłu po lewej stronie.
Powstałem i udając najzupełniejszą obojętność przebiegłem wzrokiem łuk poziomu wskazany mi przez Roberta Kurtis. Oczy moje nie są oczami marynarza, pomimo to jednak w zaledwie dostrzegalnej sylwetce rozpoznałem okręt pod żaglem. W tejże samej chwili bosman, którego wzrok przypadkiem w tę samą stronę był zwrócony, krzyknął nagle: okręt! Obecność statku nie sprawiła takiego wrażenia, jakiegośmy się spodziewali, a to skutkiem ogólnej niewiary i wycieńczenia załogi. Ale bosman nie przestawał krzyczeć: okręt! okręt! I wszystkie spojrzenia zwróciły się na morze.
Tym razem nie myliliśmy się. Statek, któregośmy się nie spodziewali nawet, dąży ku nam. Czy jednak nas ujrzy? Majtkowie starają się rozpoznać rodzaj i kierunek statku. Robert Kurtis, przypatrzywszy się uważnie, rzekł do mnie:
— Ten okręt jest to bryg, płynący prawą stroną ku nam. Jeżeli przez dwie godziny jeszcze utrzyma się w tym samym kierunku, musi nam przeciąć drogę.
Dwie godziny! dwa wieki! a jednak kierunek statku w każdej chwili może się zmienić, tembardziej, że o ile się zdaje, lawirując prze-