Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciwko wiatrowi, odsunął się. Zakreśliwszy więc dany łuk, przechyli się na lewą stronę i znów oddali się od nas. Gdyby on szedł ku nam z wiatrem, moglibyśmy spodziewać się ratunku. Trzeba się starać, ażeby bądź co bądź spostrzeżono nas z okrętu. Robert Kurtis rozkazał używać wszelkich sygnałów, albowiem bryg jest od nas odległy o jakie dwanaście mil, zatem nie mógłby usłyszeć naszego głosu. Nie mamy broni palnej, której wystrzały mogłyby zwrócić uwagę. Należy więc przywiązać chorągiew na szczycie masztu. Czerwony szal panny Herbey najlepiej się do tego nada, albowiem kolor ten, doskonale się odbija na tle morza i nieba. Lekki wiatr powiewa nim, napełniając serca nasze nadzieją. Wiemy, z jaką energią człowiek tonący chwyta każdy przedmiot, który mu pod rękę podpadnie szal ten był dla nas tym właśnie przedmiotem. Godzinę całą przebyliśmy w największej niecierpliwości. Bryg widocznie zbliżył się do tratwy, chwilami jednak zdaje się zatrzymywać jak gdyby miał zmieniać kierunek. Jakże ten okręt wlecze się powoli! A jednak ma wszystkie żagle rozpuszczone i pudło już prawie widać ponad horyzontem. Wiatr słabnie ciągle, a może ustanie zupełnie. Dalibyśmy rok życia, ażeby być starszymi o godzinę. Bosman i kapitan sądzą, że w tej chwili okręt