Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie możemy zupełnie zdać sobie sprawy, czy zbliżyliśmy się ku zachodowi, ku lądowi Ameryki, czy też burza odrzuciła nas na środek oceanu. Podczas ostatniego huraganu, pomimo zachowanej ostrożności, potłukły się nam instrumenty obserwacyjne. Kurtis nie ma ani busoli do wskazania kierunku, ani też sextantu do oznaczenia wysokości.
Nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który nas dotąd uparcie prześladował, każe się spodziewać, że znajdujemy się gdzieś bardzo daleko od lądu.
Ta zupełna niepewność ma w sobie coś rozpaczliwego, ale nadzieja nigdy nie opuszcza zupełnie serca ludzkiego i wbrew rozumowaniu często łudzimy się myślą, iż znajdujemy się w pobliżu lądu. Każdy więc spogląda na horyzont, szukając na tej czystej linii śladu upragnionej ziemi.
Oczy nasze, szczególniej pasażerów nienawykłych do morza, co chwila zdają się spostrzegać coś na poziomie wody i tem boleśniejsze następuje rozczarowanie.
Zdaje ci się, że widzisz coś... a tu nic niema!
To obłoczek jakiś — mgła, a tu kołysanie się fali. Ziemi tam niema, żaden okręt nie ukazuje się na tej szarej przestrzeni, gdzie niebo i morze zlewają się ze sobą w oddali.