Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mieli na dwa miesiące, na miesiąc chociaż zapewnioną taką porcyę!
Na nieszczęście zapasy wyczerpują się, każdy przewiduje chwilę, w której zabraknie nam i tego szczupłego posiłku.
Morze musi nas zaopatrzyć w ryby, ale połów jak dotąd wcale się nie udaje, pomimo usiłowań bosmana i cieśli, którzy z konopi i gwoździ, wyciągniętych z podłogi statku, porobili wędki.
Nie są to zbyt eleganckie haczyki, ale byle była przynęta, to i na te gwoździe ryby doskonale się łapać będą! Bieda tylko, że oprócz sucharów nie mamy nic, a te rozpływają się w wodzie. Żebym tak jednę rybkę złowił, wówczas nie zabrakłoby nam świeżego mięsa na przynętę, ale właśnie sztuka złapać pierwszą rybę.
Bosman ma racyę i połów zapewne się nie powiedzie. Próbujemy jednak szczęścia, ale żadna ryba nie chwyta. Widocznie morze to nie jest rybne.
Dnia 28 i 29 grudnia ponawialiśmy próby, ale zawsze bezowocnie. Suchary rozpływały się w wodzie. Zresztą szkoda marnować resztek naszej żywności, której zapas już jest bardzo mały. Bosman widząc to, wpadł na myśl założenia na haczyk szmatki materyi wełnianej. Miss Herbey udzieliła kawałka