Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i reje natychmiast spuszczono, w samą porę, bo orkan przeleciał jak wir wodny ponad nami. Gdyby majtek nie uprzedził pas swem wołaniem, bylibyśmy z pewnością przewróceni i wrzuceni w morze.
Namiot, stojący na tyle tratwy, wiatry uniosły. Tratwa jest zupełnie zabezpieczona od uderzeń orkanu, zbyt bowiem małą przedstawia płaszczyznę oporu, ale za to bałwany jej zagrażają. Fale przez chwilą jakby zduszone pod ciśnieniem warstw powietrza obecnie podnoszą się wściekle i wysokość ich wzrasta w miarę doznanego porzednio nacisku.
Tratwa posłusznie naśladuje bezwładne ruchy bałwanów, kołysząc się jak one gwałtownie na wszystkie strony.
— Przywiążcie się! przywiążcie się! — woła na nas bosman, rzucając pęk postronków.
Kurtis przybiegł nam na pomoc. Wkrótce potem Letourneurowie, Falsten i ja byliśmy mocno przywiązani do tratwy. Morze mogłoby nas unieść, ale najprzód musiałoby rozbić tratwę. Panna Herbey przywiązała się do jednego ze słupów, do których był przybity namiot; przy świetle błyskawicy widziałem jej twarz zawsze pogodną.
Tymczasem pioruny biją bezustannie, zalewając nam uszy i oczy hukiem i światłem.
Piorun nie czeka na ucichnięcie poprze-