Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeszcze wiedzę. Ukazał mi zawieszony ponad nami stos obłoków, nazwanych przez meteorologów pierścieniowymi, który powstaje tylko w okolicach zwrotnikowych, skutkiem spędzenia przez wiatry stałe masy pary wodnej, zebranej z całego oceanu.
— Tak, panie Kazallon — rzekł Kurtis — jesteśmy w krainie burz, albowiem wiatr nas aż tutaj zapędził i obserwator, mający bardzo czuły słuch, mógłby tu słyszeć bezustanne toczenie się grzmotu po niebie. Spostrzeżenie powyższe zrobiono już dawno i uważam je za prawdziwe.
— Zdaje mi się — odpowiedziałem — wsłuchując się uważnie, że słyszę pierwsze grzmoty.
— Być może, że jest to mruczenie burzy, która za parę godzin wybuchnie z całą gwałtownością. Cóż robić, trzeba się przygotować na jej przyjęcie.
Nikt z nas nie myślał o spaniu, a nawet nie mógłby usnąć, do tego stopnia powietrze stało się ciężkiem i duszącem.
Błyskawice rozszerzają się, zalewając horyzont na jakie sto pięćdziesiąt stopni i obejmują całą półkulę nieba, z atmosfery zaś wywiązuje się jakieś światło fosforyczne.
Nakoniec toczenie grzmotu wzmocniło się, ale są to jeszcze odgłosy okrągłe, że się tak